Ostrzał artyleryjski

Propozycja von Brauna była bardzo ciekawa i przyjął jego propozycję, praktycznie ucieczki. W szpitalnym łóżku, ze złamaną ręką von Braun mógł tylko biernie obserwować, co dzieje się wokół. Najbardziej niepokojące wiadomości docierały ze wschodu, gdzie szesnastego kwietnia armia czerwona rozpoczęła uderzenie na Berlin. W nocy szesnastego kwietnia o godzinie trzeciej nad ranem nad radzieckimi przyczółkami nad Odrą rozbłysły trzy zielone rakiety, dając sygnał do rozpoczęcia artyleryjskiego ostrzału. Niebo zajaśniało ogniem tysięcy luf. Fala pożaru, wzniecona eksplozjami pocisków ogarniała lasy i wsie z prędkością biegnącego człowieka. Po kilkunastu minutach gorące powietrze, niosące swąd spalenizny, popiół i płonące szmaty docierało do radzieckich okopów. Tam artylerzyści z otwartymi ustami, oszołomieni hukiem wystrzałów i dymem prochowym, jak w gorączce ładowali pociski i wystrzeliwali je w stronę niemieckich stanowisk. Po półgodzinnej kanonadzie na niebie rozpaliło się tysiące różnokolorowych rakiet i wtedy stało się coś dziwnego: nad linią frontu rozbłysły jasnoniebieskie smugi, które rozżarzały się z sekundy na sekundę. To sto czterdzieści reflektorów lotniczych, których światło miało odnajdywać samoloty, lecące na wysokości kilku kilometrów, ustawionych co dwieście metrów, święciło w stronę nieprzyjacielskich okopów.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.

Design: